Zaczęło się… Przeczytałem w serwisie WebInside tekst o polskiej “akcji” przeciwko cenzurze Google w Chinach, organizowanej przez niejakiego Jakuba Filipowskiego. Polacy są dość specyficznym narodem - pakują się wszędzie, niezależnie od tego, czy ktoś ich tam chce czy też nie. Na dodatek cała akcja pachnie mi próbą zrobienia zamieszania wokół jej inicjatora, a nie wokół rzeczonego problemu.

Chiny to kraj z zupełnie inną kulturą, mentalnością i (co w tym przypadku najważniejsze) sposobem prowadzenia rządów. Google natomiast to legalna firma, działająca zgodnie z zasadami kapitalizmu i (co widać) szanująca obowiązujące w danym państwie prawo. Pan Filipowski obrał sobie za cel zmuszenie Google do zaprzestania respektowania tego prawa poprzez dziwną akcję wypozycjonowania strony Google.cn pod słowo “censorship”. OK - żyjemy w wolnym kraju i każdy może robić co tylko mu się żywnie podoba (pod warunkiem, że nie szkodzi innym). Jeśli jednak czytam teksty w stylu:

Google oszukuje Chińczyków i wkrótce, jeśli zajdzie taka potrzeba zacznie oszukiwać dowolną narodowość i współpracować z dowolnym rządem czy reżimem (…)

to zaczyna mi to pachnieć anarchizmem w starym, “dobrym” (czytaj: utopijnym) stylu.
Nie jestem (dla jasności) zwolennikiem jakiejkolwiek cenzury. Co więcej - jestem przeciwny cenzurze w Chinach (w tym również tej prowadzonej przez Google - ale to temat na dłuższy wywód). Ale nie mam najmniejszego zamiaru poprzeć w jakikolwiek sposób akcji pana Filipowskiego z jednej prostej przyczyny - nic ona nie zmieni (poza wzrostem popularności pana Jakuba w sieci).

Na zakończenie (żeby było śmieszniej) - inicjator tej akcji chce pozycjonować stronę Google w… Google. Pozostawię to bez komentarza…

kategorie: Internet

[ komentarze: 6 ]

6 Responses to “Polak przeciwko cenzurze Google”

  1. kuba Says:

    tak teraz jestem slawny i bogaty a z jacuzzi wychodze tylko zeby nalac sobie drinka… ;)

    o filozofii mozemy podyskutowac jesli chcesz - chetnie tez wyjasnie Ci moje racje.

    pozdrawiam

  2. Toszcze Says:

    Nigdzie nie napisałem, że popularność, o którą mi chodziło, wiąże się z bogactwem. ;)
    Chętnie bym natomiast poznał powód zorganizowania takiej nie przynoszącej żadnego pożytku akcji (z góry proszę o nieużywanie argumentu “przeciwstawienia się cenzurze” - to trzeba byłoby zacząć od obalenia rządu w Chinach).

  3. kuba Says:

    powod jest prosty - informacja w internecie wg mnie powinna byc wolna od rzadowej czy korporacjnej ingerencji. informacja powinna byc po prostu wolna. google nagielo swoje zasady by zarobic w chinach jednoczesnie dalej szczyci sie swoja misją rozszezania dostepu do informacji. mi sie to nie podoba. wielu innym tez np: http://webreakstuff.com/blog/2006/01/its-our-policy-not-to-police-or-censor-content/
    poza tym pokazalo swiatu ze jest dyspozcyjne. kto wie kiedy lukaszenka nie z nimi rozmowi i zaczna cenzurowac bialoruskie wyniki wyszukiwania. a moze juz to robia?

    czemu taka forma? zeby zawstydzic google. wyobraz sobie kots wpisuje haslo censorship w google czy msn i jako pierwsze wyskakuja google.cn - wstyd po prostu. nie twierdze, ze prezes google uroni łze nad tym faktem ale moze sie chociaz zarumieni. taki to pozytek. nie wiem jakiego innego pozytku oczekiwales. nikt sie tym nie naje ani pod tymi nie zamieszka ale tak samo jest z masa innych rzeczy.

    obalic rzadu w chinach niesty nie potrafie wiec robie to co potrafie.

    pozdrawiam

  4. Toszcze Says:

    Zacznijmy od tego, że Google nie ma nic do gadania w sprawach, o których decyduje rząd Chin czy jakiegokolwiek innego kraju. To tylko firma, a nie instytucja rządowa.

    Po drugie - jako niezależna firma oferująca swój produkt (w dodatku bezpłatnie) ma pełne prawo do dowolnego manipulowania wynikami wyszukiwania. Jeśli Ci się to nie podoba - nie korzystaj z Google.

    Po trzecie - jak już napisałem, proponowana przez Ciebie forma protestu nic nie da. O wiele lepiej byłoby, gdybyś nawoływał do bojkotu tej wyszukiwarki w związku z działaniami firmy, które Ci się nie podobają. Ale tutaj pojawia się problem - taka akcja pozbawiłaby Ciebie (w końcu Ty też musiałbyś dołączyć do bojkotu) dostępu do najlepszego istniejącego narzędzia wyszukiwawczego, a na takie poświęcenie “w imię dobra chińczyków” z pewnością byś się nie zdecydował. Zresztą nie tylko Ty…

  5. rotare Says:

    Zgadam się w całej ciągłości z Toszcze.
    Google to tylko firma, która nie ma wpływu na decyzje rządu w Chinach.
    Wątpie (i jestem święcie przekonany) że akcja nie odniesie skutku, a co najwyżej wypromuje Twoją osobę.

  6. Toszcze.org » Google ganicie, swego nie znacie… Says:

    [...] Ostatnimi czasy rozpętała się w naszym kraju prawdziwa batalia skierowana przeciwko Google. Zaczęło się od cenzury, teraz przyszła pora na permanentną inwigilację. Z uwagą przeczytałem tekst RAFiego, poświęcony jego osobistym przemyśleniom dotyczącym gromadzenia przez Google różnorakich danych na temat osób korzystających z usług oferowanych przez tą firmę. Zastanawia mnie jedno - dlaczego w mentalności Polaków tak głęboko zakorzenione jest sięganie wzrokiem do sąsiadów, a niedostrzeganie syfu na własnym podwórku? Zarówno wspomniany RAFi, jak i wielu jego rodaków, wykazuje oburzenie na samą myśl o tym, że ich (jakże cenne!) dane osobowe trafiają do firmy, której kapitał jest tak wysoki, że na pewno jest ona dofinansowywana przez rząd USA (tak, wiem, że ten scenariusz nadaje się conajwyżej na kiepski film sensacyjny). Krzycząc na Google (firmę, która ma w głębokim poważaniu dane osobowe tak mało znaczącego w świecie narodu, jak Polacy) RAFi nie zauważył jednak, co dzieje się na jego (i naszym) własnym podwórku. Mamy największą polską grupę firm branży IT (nazwijmy ją w skrócie grupą P.), która z racji realizowanych przez siebie projektów ma (lub w każdej chwili może mieć) dostęp do absolutnie wszystkich danych osobowych absolutnie wszystkich Polaków. Co więcej - firma ta jest w pewnym sensie finansowana przez rząd (wprawdzie nie jest to rząd USA, więc historia nie ma już tego smaczku…). Jak? A tak, że wspomniane kontrakty są w sporej części finansowane z pieniędzy państwowych (np. ministerstwa) lub podmiotów będących własnością Skarbu Państwa. Oczywiście wszystko rozgrywa się w przetargach, tak więc o jakiejkolwiek nieuczciwości nie może być mowy. Do czego zmierzam? A do tego, że grupa P. ma (lub może mieć) dostęp do danych takich podmiotów, jak np. ZUS czy PZU. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, że ZUS posiada kompletne informacje na temat nas i (po części) naszych dochodów. I co - tego nikt się nie boi? Nie. Ale za to boimy się Google zza oceanu… [...]

Leave a Reply