Od jakiegoś czasu dość uważnie przyglądam się ogólnoświatowej gorączce, zwanej Web 2.0. Gorączka ta dotarła również do Polski - wprawdzie (jak zwykle) w formie “nieco” zmodyfikowanej, ale zawsze. Jak ogólnie wiadomo, pomysły, które zdały egzamin na świecie, niekoniecznie muszą sprawdzić się w kraju leżącym nad Wisłą, ale nie to ma być tematem tego tekstu. Mają być nim natomiast kwestie zasadnicze - co jest “Web 2.0″, co nim nie jest, a w ogóle to kto ponosi za to odpowiedzialność.
Na prowadzonym przez Sebastiana Kwietnia blogu Web20.pl znalazłem swojego czasu esej Experience Attributes: Crucial DNA of Web 2.0 autorstwa Brandona Schauera. Jest to swojego rodzaju próba wypisania “w punktach” tego, co wyróżnia serwisy Web 2.0, okraszona estetycznym zestawniem (PDF), przedstawiającym wszystkie wymienione cechy na osi czasu. Przyjrzyjmy się więc cechom wyróżniającym Web 2.0 w kontekście pytania: “Czy serwis XYZ jest zgodny z tą ideą?”.
Na pierwszy ogień idzie User-Contributed Value. Nie będę bawił się w “wolne tłumaczenia” - chodzi tu o to, że wartość serwisu jest tworzona przez jego użytkowników. W praktyce oznacza to, że to właśnie użytkownicy (i głównie - o ile nie tylko - oni) są autorami treści serwowanych przez daną stronę. Czy w takim razie znane od wielu lat forum dyskusyjne jest zgodne z ideologią Web 2.0? Analogicznie można spytać o wszelkiego rodzaju grupy dyskusyjne, serwisy pozwalające na prowadzenie własnego bloga, serwisy “randkowe” czy internetowe galerie pokroju Fotka.pl. Specyficznym przypadkiem jest np. serwis SourceForge, który bez osób korzystających z jego usług nie miałby racji bytu. Czy on jest też zgodny z Web 2.0? A co z wszelkiego rodzaju serwisami ogłoszeniowymi?
Network Effect - użytkownicy zyskują na każdym nowym użytkowniku serwisu. Znów pasują tutaj grupy stron wymienione powyżej.
Co-creation - nic nowego; a raczej to samo, co powyżej.
Decentralization - tej cechy jakoś nie mogę zrozumieć. Przez autora eseju została ona opisana w ten sposób: Users experience services on their terms, not those of a centralized authority, such as a corporation. Rozumiem (a raczej domyślam się), że pod pojęciem centralized authority kryje się jakaś podstępna, niecna wręcz organizacja, która decyduje o kształcie usług oferowanych przez dany serwis. Być może moje rozumowanie nie jest do końca prawidłowe, ale każdy serwis (niezależnie od tego, czy jest zgodny z ideą Web 2.0 czy też nie) ma jakichś twórców (będących równocześnie jego właścicielami). I to właśnie ci ludzie narzucają niejako kształt usług, z których za pośrednictwem tego serwisu można korzystać. Nikt mi nie wmówi, że to użytkownicy wykreowali aktualną postać np. serwisu Flickr czy del.icio.us (notabene - uznawanych za prekursorów trendu Web 2.0). Tak więc o co w tej decentralizacji chodzi?
Podsumowując - czy Web 2.0 to naprawdę taka rewolucyjna nowość? Czyż nie jest to tylko zebranie kilku haseł i stworzenie na ich bazie niemalże ideologii, do której dopasowuje się coraz to nowe serwisy? Przecież tak naprawdę to wszystko już było (w tej czy innej formie, może nie jednocześnie, ale jednak).
Powyższymi rozważaniami naraziłem się już z całą pewnością większości fanatyków idei Web 2.0. ;) Teraz zadam jeszcze jedno (ostatnie już) pytanie - kto jest odpowiedzialny za treści przekazywane przez serwisy Web 2.0?
Skoro tzw. “decentralizacja” zakłada (w rozumieniu autora cytowanego przeze mnie eseju), że użytkownicy korzystają z usług na swoich warunkach, a nie na warunkach narzucanych przez jednostkę centralną, oznacza to, że to oni są odpowiedzialni za wszystko, co za pośrednictwem tych usług jest rozpowszechniane. Nie chodzi mi bynajmniej o odpowiedzialność prawną czy finansową, ale raczej o wiarygodność tego typy serwisów. Jeśli użytkownicy mogą dodawać treści bez żadnej kontroli (lub z kontrolą mało restrykcyjną), to jest rzeczą oczywistą, że zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce tą drogą wprowadzić kogoś w błąd. Przykładem niech będzie głośna sprawa Henryka Batuty, postaci fikcyjnej, która przez prawie 15 miesięcy istniała jedynie na stronach polskiej Wikipedii. Ile jeszcze tego typu mistyfikacji kryje Wikipedia? A ile inne serwisy wyróżniające się tym, że ich usługi czy treści są User-Contributed?
W chwili obecnej Web 2.0 można porównać do pierwszego amerykańskiego “boomu na dotcomy”. W tamtych czasach wszystko, co nazywało się “dotcom”, wzbudzało chory wręcz entuzjazm inwestorów, którzy lekką ręką inwestowali (a raczej wyrzucali w błoto) miliony dolarów w “biznes internetowy”, który (w ich mniemaniu) rządził się innymi prawami ekonomii. Otrzeźwienie nadeszło szybko i objawiło się wieloma spektakularnymi bankructwami (nie mówię, że tak było w każdym przypadku - znalazło się może z 10% szczęśliwców, którym udało się trafić na dobry biznes). Teraz sytuacja wydaje się być analogiczna. Co więcej - inwestorzy zachowują się dokładnie tak samo, jak w okresie tamtego “boomu” - inwestują we wszystko, co ma etykietę “Web 2.0″, “tag cloud” czy “user-contributed value”. Czy ma to sens? Moim zdaniem nie. Za góra kilka lat na scenie zostanie kilka (może kilkanaście) serwisów z dzisiejszej “łebdwazerowej” elity (plus trochę tych, które są prowadzone dla przyjemności, a nie dla zarobienia pieniędzy). Jednak (jak można wywnioskować z niniejszego tekstu) tak naprawdę zmieni się niewiele. Serwisy oparte na ideach zebranych do kupy pod nazwą “Web 2.0″ istnieją od bardzo dawna - po prostu nie miały zaokrąglonych rogów i tagów zebranych w “chmurki”.
P.S. Nie jestem przeciwnikiem idei Web 2.0 samej w sobie. Staram się po prostu patrzeć na to racjonalnie i możliwie trzeźwo. Nie lubię wszelkich przejawów fanatyzmu czy bezgranicznej i bezkrytycznej fascynacji jakąkolwiek ideologią czy teorią. A to zaczyna mieć miejsce wśród zwolenników Web 2.0. Zresztą nie tylko wśród nich - podobne zachowania cechują fanów Linuksa, ruchu Open Source czy tzw. “alternatywnych przeglądarek”.
kategorie: Internet
[ komentarze: 0 ]
Leave a Reply