Virtual PC 2007 vs. VirtualBox
Ten tekst był pisany “na raty” - stąd przeterminowane informacje w jego pierwszej części.
Korzystanie z “wirtualnych komputerów” nie należy do moich ulubionych czynności. Z racji posiadanego sprzętu (Athlon XP 2500+@3200+, 512 MB RAM, dysk nie-SATA) uruchamianie czegokolwiek w wirtualnym środowisku jest u mnie z definicji skazane na niepowodzenie (a przynajmniej okupione cierpieniem). Tym niemniej jednak na wieść o wypuszczeniu przez Microsoft oprogramowania Virtual PC 2007 nie mogłem się powstrzymać i zainstalowałem owe cudo na swoim komputerku, tym bardziej, że z poprzednią edycją tegoż produktu miałem bardzo pozytywne doświadczenia (poza wydajnością, rzecz jasna). Tym razem jednak postanowiłem pójść nieco dalej i porównać produkt giganta z Redmond z tzw. “wolnym oprogramowaniem”, którego reprezentantem stał się VirtualBox w wersji 1.3.6. Porównanie to będzie jednak pozbawione wszelkich znamion rzetelnego testu - nie mam czasu ani ochoty na instalowanie na moim kiepskawym sprzęcie różnych systemów i testowanie ich wydajności różnymi benchmarkami. Chciałbym jedynie napisać o moich subiektywnych odczuciach dotyczących działania wirtualnych maszyn tworzonych przy pomocy obu programów.
Jako że same wirtualne komputery nie są w stanie zrobić nic bez kontrolującego ich systemu operacyjnego, postanowiłem postawić na nich Gentoo, czyli jedyną (moim skromnym zdaniem mało doświadczonego “linuksowca”) dystrybucję Linuksa, która w ogóle ma sens (dla niezorientowanych - wszystko w tej dystrybucji jest kompilowane ze źródeł). Aby zaoszczędzić trochę (czytaj: sporo) czasu, zdecydowałem się na użycie instalatora (przepraszam wszystkich fanatyków Gentoo…), znajdującego się na Live CD tej dystrybucji. I tutaj zostałem zaskoczony po raz pierwszy. Po uruchomieniu systemu z obrazu płyty, VirtualBox zajmował w pamięci 140-170 MB, a MS Virtual PC 2007 - 18 MB (przy identycznych ustawieniach wirtualnych maszyn). Żadnych dodatkowych procesów, żadnych “kruczków” - tak po prostu było. W tym miejscu pojawiło się jednak kolejne zaskoczenie - w przypadku VirtualBoxa dało się pracować na Windowsach bez większych problemów, natomiast w przypadku Virtual PC 2007 było to praktycznie niemożliwe (mój komputer po prostu umarł). Trudno mi to w jakiś racjonalny sposób wyjaśnić - oba produkty obciążały procesor w porównywalnym stopniu, zajętość pamięci RAM wskazywała na przewagę VPC 2007, ale wrażenia empiryczne mówiły zupełnie co innego.
Świetnie, produkt “otwarty” górą! No, niestety nie było tak różowo. Przez ponad godzinę nie udało mi się zmusić VirtualBoxa do podłączenia się do mojej sieci. Virtual PC 2007 natomiast zrobił to w sposób dla mnie niezauważalny - bez żadnej dodatkowej konfiguracji otrzymał wszystkie niezbędne do działania dane od windowsowego DHCP i dał mi dostęp do internetu i sieci LAN. To (moim zdaniem) naprawdę duży plus, szczególnie mając na uwadze niedoświadczonych użytkowników, chcących po prostu bezproblemowo przetestować nowy (inny) system operacyjny.
Po kilku godzinach zorientowałem się jednak, że problem z VirtualBoxem wynikał z błędnej konfiguracji. Po prostu oprogramowanie jest domyślnie skonfigurowane niepoprawnie.
Bardzo ważną kwestią w tego typu aplikacjach jest kwestia wirtualnych dysków oraz możliwości podpinania obrazów płyt. Oba produkty posiadają wszystkie niezbędne w tym zakresie funkcje, które działają bez zarzutu. Można definiować dowolnie duże wirtualne dyski, aczkolwiek VirtualBox pozwala wybrać między dyskiem o stałym (plik ma stałą, zależną od wielkości dysku wielkość) i zmiennym (plik zajmuje tyle miejsca, ile aktualnie wykorzytusje zainstalowany na wirtualnej maszynie system) rozmiarze pliku. Virtual PC 2007 z kolei nie pozwala na zdefiniowanie wirtualnych dysków o stałym rozmiarze pliku.
Wirtualne dyski o zmiennej wielkości pliku mają tą własność, że w momencie przekroczenia aktualnie zaalokowanego rozmiaru muszą powiększyć rozmiar pliku. Z tym wyraźnie lepiej radzi sobie VirtualBox, u którego operacja ta przebiera zdecydowanie szybciej, niż u konkurencyjnego Virtual PC 2007.
Jak można wywnioskować z powyższego tekstu, Live CD Gentoo wystartował. Instalator (zarówno w wersji GTK+, jak i “konsolowej”) również. Tutaj jednak zaczęły się “schody”. Pod kontrolą Virtual PC 2007 nijak nie dało się utworzyć żadnych partycji, co z oczywistych przyczyn uniemożliwiło instalację systemu. VirtualBox poradził sobie świetnie, pozwalając mi na bezproblemową instalację Gentoo. I właściwie w tym miejscu zakończę część poświęconą tej dystrybucji - zwycięzcą jest niewątpliwie produkt “otwarty”.
Po niepowodzeniu duetu Virtual PC + Gentoo postanowiłem dać produktowi z Redmond drugą szansę i spróbowałem postawić na nim Kubuntu. Live CD odpaliło się bez żadnych problemów, podobnie jak instalator (włącznie z niedziałającym w Gentoo programem do tworzenia partycji). Instalacja przebiegła szybko i sprawnie - trzeba przyznać, że zauważalnie szybciej, niż pod kontrolą VirtualBoxa. Co jednak z tego, skoro Kubuntu zainstalowane pod VPC 2007 po prostu nie wstało? Pod VirtualBoxem natomiast wszystko było w najlepszym porządku (włącznie z “automatyczną” aktualizacją systemu).
Na koniec spróbowałem w ramach masochizmu zainstalować na obu wirtualnych maszynach system FreeDOS, czyli otwarty system, kompatybilny ze słynnym MS DOSem. W obu środowiskach FreeDOS dał się zainstalować bez żadnych problemów. Również w obu z nich nie udało mi się uzyskać połączenia z siecią. Trudno powiedzieć, w której z wirtualnych maszyn FreeDOS działał szybciej z uwagi na brak oprogramowania do przeprowadzenia miarodajnych testów (znaleziony na szybko benchmark nie wykazywał znaczących różnic).
Podsumowując - Virtual PC 2007 robi wrażenie produktu zdecydowanie bardziej dopracowanego niż konkurencyjny (i na dodatek “otwarty”) VirtualBox (aczkolwiek temu drugiemu również niczego nie brakuje). Cóż jednak z tego, skoro nie radzi sobie z dwoma bardzo popularnymi dystrybucjami Linuksa? Fakt - Microsoft w żadnym miejscu nie wspomina o możliwości instalacji Linuksa pod VPC 2007, aczkolwiek jak na porządną wirtualną maszynę przystało, powinno dać się to zrobić. Zaznaczam jednak, że testowałem tylko dwie dystrybucje i może się okazać, że wykorzystanie innej da zgoła odmienne rezultaty. Możliwe jest również, że instalacja z pominięciem “idiotoodpornych” instalatorów powiodłaby się - nie czuję się jednak na tyle kompetentny, aby móc przeprowadzić taki test.
Plusem jest jednak to, że obie wirtualne maszyny są zupełnie darmowe i każdy może je sobie po prostu zainstalować i wypróbować zgodnie z własnymi potrzebami. Niniejszy tekst ma jedynie zasugerować, że do instalacji Linuksa lepiej wybrać VirtualBoxa. ;)
bonzai napisał(a):
28 kwiecień 2007 @ 15:10
Swego czasu uruchomiłem raz dla ciekawości obraz MacOS X (wiem, wiem…) na VMWare, jednak o pracy można było zapomnieć :-P. Jednak i tak było lepiej niż z instalatorem Windows Vista (na Virtual PC), który ładnie zamulił mój komputer (niczym nowy Norton Antivirus :-) ).
Dla mnie (jedyną chyba) zaletą wirutalnych systemów jest możliwość pisania oprogramowania i obserwowanie na żywo, jak się zachowuje pod różnymi systemami, bez obawy, że coś się popsuje ;-). Albo też, kiedy piszemy swój własny system operacyjny :-P…
toszcze napisał(a):
28 kwiecień 2007 @ 20:39
bonzai: z ostatnim akapitem Twojego komentarza nie mogę się zgodzić. Mam znajomego, który na odpowiednio mocnym sprzęcie (Intel Core 2 Duo 2,66 GHz + 4 GB RAM + szybki dysk SATA2) pracuje w dość komfortowy sposób na dwóch/trzech wirtualnych maszynach (VMWare).
Poza tym wiele uczelni i firm wykorzystuje VMWare i inne tego typu ustrojstwa do udostępniania wirtualnych maszyn swoim studentom i/lub pracownikom. Po prostu wydzielany jest fragment fizycznej maszyny z zainstalowanym jakimś systemem operacyjnym. Z praktyki wiem, że dobrze zorientowany admin potrafi w 5-10 minut postawić kompletne środowisko linuksowe na nowej wirtualnej maszynie.
Co więcej - na platformie MainFrame (tak, wiem że to platforma niszowa) istnieje system operacyjny z/VM, który nie potrafi robić nic innego poza umożliwieniem zainstalowania “pod sobą” innych systemów operacyjnych (Linux, z/OS, itp.) na wydzielonych logicznie partycjach (oczywiście nie takich, jak w przypadku dysków). Tak więc sama idea wirtualnych maszyn nie jest wcale taka bezużyteczna. ;)
bonzai napisał(a):
28 kwiecień 2007 @ 22:16
toszcze: w porównaniu do komputera Twojego znajomego mój sprzęt prezentuje się raczej słabo, więc codzienne użytkowanie wirtualnych maszyn raczej mija się z celem (np. ze względu na małą wydajność mojej maszyny :-)). Z pewnością lepszy procesor i dyski w macierzy RAID poprawiłyby sytuację.
Przykłady, które podałeś raczej nie odnoszą do zastosowań domowych. O ile ktoś jest (np.) zwykłym Kowalskim, w zastosowaniach prywatnych maszyna wirtualna posłuży mu właściwie tylko do testowania oprogramowania czy też zabawy z Linuksem (na podstawie mojego skromnego doświadczenia, dlatego też taką opinie wyraziłem w poprzednim komentarzu).
I dziękuję za edukację na temat zastosowań wirtualnych maszyn, zawsze trochę nowych rzeczy się dowiedziałem ;-)…
toszcze napisał(a):
29 kwiecień 2007 @ 12:36
No fakt faktem, że w domowych zastosowaniach to raczej zabawka. ;)
pit napisał(a):
3 maj 2007 @ 00:51
instalacja i użytkowanie fedory core 3 na vpc 2007 - bezproblemowe:)
bowerp napisał(a):
2 grudzień 2007 @ 22:01
Może ktos opisze jak skonfigurować Virtualbox do pracy w sieci . Nie chodzi mi o NAT tylko interfejs gospodarza. Konkretnie chodzi mi o to aby wirtualne systemy widziały się w sieci. W VMWare to działa bez problemów . Jednak z różnych powodów zależy mi na Virtualbox
speed napisał(a):
13 grudzień 2007 @ 19:27
Dokładnie mam takie samo pytanie , jak skonfigurować nowego VBoxa na interfejsie gospodarza. Jestem w sieci i mam swoje IP przypisane do mojego kompa. Więc nie chcę robić udostępniania tego samego IP przez NAT w VBoxie a przypisać mu inny fizyczny adres IP (bo w sieci mam dwa adresy). Jak tego dokonać , robie niby wszystko poprawnie instaluje się jakaś wirtualna karta sieciowa potem się ją konfiguruje , ale nie działa internet itd
bowerp napisał(a):
17 grudzień 2007 @ 21:19
jak się wcześniej dowiesz to daj znak bowerp@wp.pl